|
poniedziałek, 04 grudnia 2006
Frankfurt
Pasożyt i ja lecimy dzisiaj do Frankfurtu. Popatrzeć jak wygląda ten Zachód, co to niby chcielibyśmy nim być.
Chociaż wczoraj to chcieliśmy bardziej być taką Brazylią.
Ciekawe kiedy będziemy chcieli byc Polską...
sobota, 02 grudnia 2006
Pasożyt
Pasożyt ujawnił się ponad miesiąc temu. Pewnie długo nie wiedziałabym o jego istnieniu, gdyby nie to, że pewnego ranka wylądowałam z głową w kiblu obiecując sobie solennie, po raz kolejny, że już nigdy, przenigdy w życiu nie spożyję ani procenta.
Pasożyt jednak nie dawał spokoju, zaczął wkraczać w myśli i powoli drążyć w nich kanaliki strachu. Strachu potwierdzonego w końcu dwoma fioletowymi kreskami i słowami pani o surowym wzroku – „ósmy tydzień, gratuluję”. I tak moje, dotychczas tylko moje kości, mięśnie, skóra i te wszystkie wielce-niezbędne-układy stały się domem dla Pasożyta. Zagrabia sobie spryciarz ode mnie witaminki, mikroelementy i inne żywnościowe cuda, których jak na lekarstwo w sklepach w Wielkim Mieście. Skąd ja mam brać te wartości odżywcze dla Pasożyta, skoro nawet zwiędła pietruszka wygląda na plastykową? A już na pewno potrawy serwowane w Firmowej stołówce do najzdrowszych nie zależą. Do smacznych w sumie też nie.
Wracając do Pasożyta – daje w kość. Ostatnio biję dzięki Niemu rekordy w ilości dziwnych miejsc, w których nagle pragnę zwrócić Matce Naturze „przepyszny” obiadek ze stołówki. Ostatnio – siedziba Agory (bez podtekstów, koledzy z Wyborczej).
Mało tego, Pasożyt ma nawet pierwsze zdjęcie, na którym dumnie prezentuje swoje organy. Nie widać co prawda najważniejszego z nich, wbrew krzykom kolegi (na co dzień pełniącego całkiem wysokie stanowisko w Firmie) wyartykułowanym na Firmowym korytarzu: „No siusiaka widać, no przecież widać wyraźnie!”.
Żyjemy z Pasożytem nadzieją, że jednak dołączy do tej części społeczeństwa, która siusiaka nie posiada, by w przyszłości nieść w lud kaganek feminizmu.
piątek, 01 grudnia 2006
W Wielkim Mieście znalazłam się pół roku temu. Tak zaczęłabym romantyczną opowieść o naiwnym dziewczęciu z Prowincji, które przyjeżdża za chlebem do Wielkiego Miasta i chleb znajduje pracując na zmywaku trendowej knajpy w Śródmieściu. Ale to nie tak do końca, choć historia banalna jakich wiele – przyjechałam dla Firmy. Bo w moim Dużym Mieście nie ma Firmy. W moim Dużym Mieście z wzorowym CV rekomendowanym przez portal Pracuj.pl można co najwyżej dołączyć do „Pokolenia 1200 brutto” i stanowić worek treningowy sfrustrowanych pracodawców [„Ja cię kultury muszę nauczyć!” – rzekła Ta, co do Filharmonii w adidasach zawitała]. W Firmie w sumie też można być workiem – ale za trochę większą kasę. To od początku – no dobrze, przyznaję, przyjazd za chlebem. Pa, pa, Mamo, Tato, piesku kochany, pakuję walizkę, wynajmuję śmierdzącą kawalerkę w Dzielnicy Seksu i Biznesu (a ostatnio ponoć bohemy artystycznej – jako żywo, artysty nie widziałam żadnego, bohemy tym bardziej) i zaczynam Nowe Życie. No to je zaczęłam – szablonowe poranki, 10 godzin w Firmie – zebranko, lanczyk, 10 telefonów, 20 mejli, opierdziel [sorry – „negatywny feedback”] dla leniwej agencji, pijaczki w autobusie, tłok w tramwaju, smród na klatce, telewizor i bijące o 19.00 obrazki – co dzień inne, co dzień tak samo obleśne. Albo trochę inaczej - lans na międzyFirmowych imprezach, gale z nagrodami dla Najlepszych Produktów na Świecie, creme de la creme WielkoMiejskiej śmietanki, szkolenie w Brukseli i noce w Sheratonie, pół pensji na nowe ciuchy, mejkapy i kremiki. Albo jeszcze inaczej – mix dwóch scenariuszy z przewagą tego, który Czytelnikowi bardziej odpowiada. I te światełka Wielkiego Miasta i anonimowość mijanych tłumów. Pół roku w pigułce gorzkiej jak każde lekarstwo.
Zatem po cóż mi wywlekanie tych Wielko-Miejskich brudów, które mogłyby spokojnie dalej zalegać na krawężnikach między tlącym się petem a zmaltretowaną torebką foliową Tesco? Chyba tylko dlatego, że ostatnio podczas pewnej konferencji [nie rozpracowałam jeszcze podpinania linków, więc bezczelnie go wkleję: http://internetpr.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?288411] posłanka S. udowodniła, że „pisać każdy może, trochę lepiej...” albo lepiej nie, a mi się przypomniało, że właściwie faktycznie, 3 lata temu uległam chwilowemu trendowi posiadania bloga i zapalając się słomianie kultywowałam go przez kilka miesięcy. Dopóki zapał nie wywietrzał wraz z zapachem Slima waniliowego. Pomyślałam więc sobie, że może wrócę do tej chlubnej tradycji i blisko 1/38 polskiego społeczeństwa wywracającego publicznie bebechy.
Jak ktoś tu dotrze – kongratulejszyn. Publicity robić nie będziemy. Ani Pasożyt, ani ja.
Nela |